Cztery osoby trafiły na oddział leczenia uzależnień Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych „Dziekanka” w Gnieźnie po zatruciu tzw. dopalaczami. Można już wprost mówić, że w Gnieźnie mamy sklep, w którym bez problemu zarówno młodzież, jak i dorośli kupują dopalacze.
W listopadzie otrzymaliśmy informację zarówno z Policji, jak również od rodziców zaniepokojonych informacją, że znajduje się punkt sprzedaży tzw. dopalaczy – mówi Danuta Winiarska, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Gnieźnie. Podano nam adres, wybraliśmy się na pierwszą kontrolę do tego sklepu w listopadzie razem z funkcjonariuszami Policji. Sklep funkcjonował pod nazwą artykuły chemiczne. Na półce stało kilka opakowań proszków i płynów, natomiast była gablota, z której sprzedawczyni sprzedawała tzw. pochłaniacze wilgoci. One właśnie były przedmiotem zainteresowania naszej kontroli, ponieważ istniało podejrzenie, że zawierają niedozwolone substancje, które powodują takie działania w organizmie człowieka, które spełniają kryteria środka zastępczego. Zatrzymano 98 opakowań tego preparatu i w dalszej kolejności my, ponieważ Inspekcja Sanitarna odpowiada za tzw. handel dopalaczami, musieliśmy te próbki poddać badaniom. Wysłaliśmy próby z tej kontroli do Zakładu Medycyny Sądowej do Poznania i czekaliśmy na wyniki. W międzyczasie odbył się happening i także w styczniu odbyła się po raz drugi kontrola w tym miejscu, ale już w sklepie pod inną nazwą. Okazało się, że znowu są w sprzedaży te pochłaniacze – również pod inną nazwą. Ponownie zatrzymaliśmy ok. 5 opakowań tych pochłaniaczy i zleciliśmy kolejne badania. W poprzednim tygodniu otrzymaliśmy wyniki pierwszych prób, za które płacimy jako stacja, czyli to są pieniądze publiczne. Jedno takie badanie kosztuje 500 zł. Otrzymaliśmy potwierdzenie, że te pochłaniacze wilgoci zawierają dwie substancje niedozwolone, które spełniają kryteria definicji środka zastępczego. W związku z tym mogłam wydać decyzję o zamknięciu sklepu, tylko, że sklep już nie istnieje, bo w tym samym miejscu, pod inną nazwą, sprzedając ten sam produkt, także pod inną nazwą funkcjonuje kolejny sklep, a na próby tego obecnego sklepu jeszcze czekamy. To jest taka walka z wiatrakami. Otrzymałam także informację ze szpitala "Dziekanka", że na oddziale znajduje się czworo młodych ludzi – dwoje jest spoza powiatu, dwójka chłopców 14-letnich jest z Gniezna. Jeden z nich wskazał sklep, który jest przez nas kontrolowany, że właśnie tam zakupił dopalacze. Ci chłopcy są na tzw. odwyku. Sytuacja jest poważna. Można tutaj mówić, że prawo jest niespójne, że coś nie działa, bo nie możemy przeprowadzić tego całego postępowania ze skutecznym efektem. Prawda jest taka, że Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii, która obowiązuje w Polsce i zakazuje rozprowadzania, posiadania większej ilości narkotyków, to tą sprawą – narkotykami, zajmuje się Policja. Natomiast dopalaczami zajmuje się Inspekcja Sanitarna. My możemy przeprowadzić jedynie postępowanie administracyjne w tym zakresie i ono polega na tym, że zatrzymujemy towar, badamy w kierunku dopalaczy, jeżeli się potwierdzi, mogę wydać decyzję o zamknięciu sklepu i nałożyć grzywnę. I tak się w tym przypadku stanie, bo ta procedura cały czas trwa. Niemniej firma już nie istnieje, a nawet jeśli nałożymy grzywnę na właściciela, to takie firmy dysponują takim sztabem prawników – kilka spraw prowadziła inna stacja w województwie wielkopolskim – i oni ciągle odwołują się od grzywny. Nic jeszcze nie zostało tam ze skutkiem pozytywnym zakończone. Grzywna jest od 20 tys. zł wzwyż, także są to duże pieniądze. Początkowo nakładane są najniższe kwoty, czyli 20 – 25 tys. zł, ale właściciele tych punktów ciągle się odwołują i nikt jeszcze nigdy tej grzywny nie zapłacił. Myślę, że problem tu jest innego rodzaju, bo jakiekolwiek prawo byśmy nie wprowadzili, to wszystko zależy tak naprawdę od świadomości. Gdzie są rodzice tych dzieci, gdzie jest szkoła? Tam powinna być ta edukacja. My prowadzimy, jako służby sanitarne, pogadanki i dajemy materiały na temat dopalaczy, no ale my nie jesteśmy w stanie zrobić tego, co może zrobić rodzic czy szkoła. Jeżeli nie byłoby chętnych do kupowania, to i te sklepy przestałyby istnieć. Tak naprawdę – nie chcę tutaj bronić naszego prawa – gdyby doprowadzono do tego, że byłoby prawo, które zabraniałoby sprzedaży tzw. dopalaczy, to my byśmy w pewien sposób ograniczali sobie dostęp do preparatów, których tak naprawdę na co dzień potrzebujemy, typu kleje, bo przecież nie od dzisiaj wiemy, że młodzież wącha klej. Jeżeli jakaś substancja znajdzie się na liście zabronionych, a znajdzie się w kleju, to klej trzeba wycofać ze sprzedaży. W dużych marketach budowlanych na półkach znajduje się mnóstwo preparatów, które w swoim składzie zawierają substancje, które znajdują się również w dopalaczach i w ten sposób te preparaty tez musiałyby zniknąć. Nie możemy wszystkiego tak ograniczać. My oczywiście będziemy prowadzić postępowanie administracyjne przeciwko sklepowi z dopalaczami, ale śmiem twierdzić, że na razie jest to walka z wiatrakami.
Czworo młodych ludzi trafiło do szpitala po zatruciu dopalaczami. Czy będą oni przestrogą dla kolejnych osób chcących spróbować czym są dopalacze? Miejmy nadzieję, że tak. Podczas styczniowego happeningu właściciel sklepu drwił ze zgromadzonych dziennikarzy śmiejąc się i robiąc im zdjęcia. Ciekawe czy śmieje się mając świadomość, że dzięki jego "biznesowi" kilka osób trafiło do szpitala.
Czworo młodych ludzi trafiło do szpitala po zatruciu dopalaczami. Czy będą oni przestrogą dla kolejnych osób chcących spróbować czym są dopalacze? Miejmy nadzieję, że tak. Podczas styczniowego happeningu właściciel sklepu drwił ze zgromadzonych dziennikarzy śmiejąc się i robiąc im zdjęcia. Ciekawe czy śmieje się mając świadomość, że dzięki jego "biznesowi" kilka osób trafiło do szpitala.
(Buk)












6 komentarzy
Wiara ma tak glowy poryte ze szok to samo jes z tym tanim scierwem F-16 nikt z tym nic nie robi a ludzie sie truja tym swinstwem.gniezno schodzi na psy.
a ja nie żałuję pajaców. Jak ktoś ma sufit zryty to niech się zaćpają…
w ten sposób myśląc trzeba by było zamknąć wszystko 🙂
Sanepid powinien teraz testować te substancje na człowieku który je rozprowadza. I to bardzo długo i dokładnie
W tym przypadku mamy do czynienia z klasycznym oszustwem, a tym zajmuje się policja.
Wystarczyłoby zlikwidować producentów tych substancji i nie byłoby powodu do interwencji.
Czy ci zatruci nie powinni czasem zapłacić za leczenie z własnej kieszeni?