Ładowanie danych...

moje-gniezno.pl

PORTAL INFORMACYJNY POWIATU GNIEŹNIEŃSKIEGO

Kobieta złamała kręgosłup, żebra i mostek. Co działo się dalej?

Poniedziałek, 11 marca 2019
  • Kobieta złamała kręgosłup, żebra i mostek. Co działo się dalej?

Kilka tygodni temu 60-letnia gnieźnianka przewróciła się w domu. Do szpitala zabrało ją Pogotowie Ratunkowe, które szybko pojawiło się na miejscu. To, co działo się dalej nie wygląda jednak już tak pozytywnie.

Około 6 tygodni temu moja 60-letnia mama przewróciła się w domu - mówi pan Paweł. Powód - zakręciło się jej w głowie kiedy wstawała i przewróciła się na ławę, po czym uderzyła w szafę. Ponieważ skarżyła się na silny ból, wezwałem Pogotowie, które przyjechało po 10 minutach. Sytuacja miała miejsce w godzinach wieczornych. Niestety nie byłem w stanie sam zawieźć mamy do szpitala. Ratownicy zabrali ją na SOR w Gnieźnie. Lekarz z SOR-u przyjął ją po godzinie, skierował na tomograf komputerowy. Była to godzina około 21.30. Tomograf trwał około 20 minut i od tego czasu leżała około 4 godziny na deskach, bez wody, bez opieki ze strony pielęgniarek. Powód - nie było lekarza, który opisuje i wysłali wyniki do Poznania. Około godziny 1.00 w nocy poszedłem dowiedzieć  się i uzyskać informację od lekarza. Najpierw pielęgniarka przekazała mi informację: „Co pan tu robi, tu jest zakaz wchodzenia osób postronnych”, ale udało mi się porozmawiać z lekarzem. Przekazał mi informację, że mama ma złamany kręgosłup, żebra i mostek i wypisuje ją do domu. W poniedziałek miała się stawić w przychodni ortopedycznej, informując że mam kolejnego dnia, czyli w niedzielę podjechać do lekarza POZ w szpitalu w celu wydania zlecenia na karetkę. Mama dostała wypis z SOR-u i w wypisie było opisane, że ma złamane żebra, mostek i kręgosłup. Tak jak przekazał mi lekarz, tak zrobiłem. Udałem się z mamą w niedzielę do przychodni przyszpitalnej. Pani w rejestracji powiedziała mi, że czegoś takiego nie wypisze. Zapytałem dlaczego. Powiedziała że ona takiego czegoś nie wypisze i koniec tematu. Przez przypadek zauważyłem, że na biurku ze miała zlecenia na karetkę. Spędziłem tam około godziny aby dostać negatywną odpowiedź. Poszedłem ponownie w dzień na SOR. Pielęgniarka powiedziała mi, że nie uda mi się z nimi nic załatwić. Dzień później udałem się do lekarza rodzinnego. Przekazał mi zlecenie. Dzwoniąc do POZ dyspozytor przekazał mi informację, że w dniu dzisiejszym nie przyjedzie karetka. Powiedziałem mu, że lekarz w przychodni przyjmuje do godziny 13.00 i żądam, aby do tej godziny pojawiło się Pogotowie u mnie w domu. Dyspozytor przekazał mi informację, że najwyżej popołudniu, bo nie ma karetek. Ponownie przekazałem mu informację, że lekarz przyjmuje do 13.00 to odpowiedział mi, żebym wizytę prywatną załatwił i Pogotowie przyjedzie popołudniu. Zapytałem czy miał kiedyś złamany kręgosłup i wie jaki to ból jest. Powiedział, że nie. Przekazałem informację, że o tym wszystkim dowie się dyrektor szpitala i media. Nagle poprosił dane pacjenta oraz moje, ponieważ zgłaszam zlecenie. Po tej rozmowie dzwoniłem do dyrektora szpitala. Od niego otrzymałem takie same informację jak od dyspozytora. Nie minęło 10 minut i Pogotowie przyjechało. Nagle dyspozytor miał karetkę  i mógł ją wysłać.  Zajechaliśmy do przychodni. Lekarz zapytał czy mama miała robiony rentgen. Odpowiedziała, że nie. Lekarz zapytał, to skąd oni wiedzą, że ma złamane żebra i mostek? Mama została skierowana do szpitala. Była tam  6 dni. Po miesiącu ma się stawić na kontrolę do przychodni. Otrzymaliśmy już skierowanie i na drugi dzień zadzwoniłem zamówić Pogotowie na godz. 8.00, ponieważ ma wizytę na godz. 8.50. Dyspozytor już był bardzo miły i powiedział, że nie ma problemu, jestem pierwszy w kolejce i będzie o 8.00 rano. Nadchodzi dzień wizyty, mama była gotowa i czekamy, czekamy i czekamy, a tu transportu nie ma. Dzwonię do dyspozytora i przekazał informację, że przyjedzie ale jesteśmy 3 w kolejce bo coś im wypadło i nie mogło być na czas (czy nie powinni zadzwonić, a brali numer telefonu). Pogotowie przyjechało po godz. 9.00 rano. Panowie wjechali z noszami do domu. Przekazałem im informację, że jest to złamany kręgosłup i musi być wyniesiona na desce. Ratownicy spojrzeli na siebie i jeden powiedział się, że oni chyba nie mają deski w pojedzie. Ratownik poszedł, szukał nagle się znalazła.  Po wizycie nastąpił przyjazd do domu.

To jeden z wielu przypadków, które w ostatnim czasie dotarły do naszej redakcji. W poniedziałek starosta Piotr Gruszczyński zabierze głos w sprawie szpitala podczas konferencji prasowej.
 
tekst: Andrzej Bukowski