moje-gniezno.pl

PORTAL INFORMACYJNY POWIATU GNIEŹNIEŃSKIEGO

Terrorystka w przedziale kolejowym

Poniedziałek, 3 sierpnia 2015
  • Terrorystka w przedziale kolejowym

W pierwszą i kolejne podróże pociągiem zabierała mnie babcia. Pamiętam ścisk na korytarzu i jazdę pasażerów w toalecie, bo wszystkie inne miejsca były już zajęte.

Teraz ja zaproponowałam córkom podróż PKP Intercity. Klasa II z miejscówkami. Wyjazd o 4.00 rano. Za wcześnie dla mnie, żeby skupić się na książce - w sam raz, żeby się przespać. Gdyby tylko się dało. Przedział składał się z czterech ciasno do siebie przylegających siedzeń. Po przeciwnej stronie to samo. Wylosowałam miejscówkę pośród dwóch rosłych panów. Nie mieścili się swobodnie na swoich miejscach, dlatego zdrzemnąć się nie mogłam, bo od czasu do czasu stanowczym kuksańcem musiałam im przypomnieć, że wkraczają na moje terytorium. Córki siedziały naprzeciwko, a ich szyderczy uśmiech mówił: "To był twój pomysł, mamo".

W drodze powrotnej dwie stacje dzieliłyśmy z sympatycznymi, młodymi dziewczynami. Wesołe, towarzyskie, niekonfliktowe. Zasłoniłyśmy okna, żeby nie było widać wolnych miejsc. Wiem, że to było egoistyczne posunięcie, ale cel miał uświęcić środki. Dostałyśmy za to burę od pana konduktora, słuszną w naszej ocenie, po czym przyprowadził dwóch chłopaków bez miejscówek na wolne miejsca w naszym przedziale. Sympatyczni i grzeczni. Miałam wyrzuty sumienia, że przez nas staliby na korytarzu.
 
Już na następnej stacji weszła ona. Pani terrorystka. Nie siląc się na grzeczność powiedzenia dobry wieczór, rzekła tylko: "Siedzenia pod oknem należą do nas. Prawda?". No prawda, cholera. Nawet nie dała szansy chłopakom, żeby mogli wytłumaczyć się z tego. Nie mieli na to czasu, gdyż chyżym truchtem opuszczali przedział, do którego wtargnęła królowa lodu taszcząc razem z mężem i córką kilka pokaźnych rozmiarów waliz, walizek i walizeczek. Kiedy pozbyła się intruzów, władczym tonem nakazała zrobić miejsce na ich bagaże. Poupychali je siłą. W pociągu zrobiła się gorąca atmosfera, nie tylko ze względu na nieprzyjemne zachowanie terrorystki i jej rodziny, ale na temperaturę niezależną od ich zachowania. W pociągu było gorąco! Nie znalazłyśmy żadnego urządzenia, które służyłoby do obniżenia temperatury. Okna nie pozwoliła otworzyć, bo: "Wieje". Jedno słowo wypowiedziane tonem nieznoszącym sprzeciwu. Jedna z dziewczyn źle się poczuła w małym, dusznym pomieszczeniu i pomimo tego, że miała swoją miejscówkę, resztę drogi spędziła na korytarzu przy otwartym oknie. Nie jestem bierna z natury, dlatego podjęłam się negocjacji z panią terrorystką. Kobietą ładną i pewną siebie. Ale mnie też mama gapami nie karmiła. Powiedziałam, że potrafię zrozumieć, że byłoby jej zimno, jadąc przy otwartym oknie, dlatego proponuję je otwierać na każdej stacji, kiedy pociąg stoi. Jest to kilka minut, w sam raz wystarczy, żeby się przewietrzyło. Nie czekając na zgodę po prostu je otworzyłam. Gdy tylko pociąg ruszył, mąż skwapliwie je zamknął. I tak razy kilka - ja otwierałam, ona rzucała wymowne spojrzenie spode łba mrucząc coś pod nosem. Zapytałam grzecznie, czy może powtórzyć, bo nie zrozumiałam. W odpowiedzi usłyszałam jedno słowo, chyba jej ulubione: "Wieje". Pomimo rzekomego wiatru, dusiłyśmy się w towarzystwie wyniosłej rodziny. Wysiadając, pożegnałam się z dziewczyną, która jechała z nami od początku. Życzyłam jej mimo wszystko przyjemnej podróży, a rodzinie, o której jest mowa nie powiedziałam nawet "do widzenia". Naprawdę nie odczuwam większej potrzeby, by ich kiedykolwiek spotkać, szczególnie w pociągu. Na korytarzu zapytałam dziewczynę stojącą przy oknie, dlaczego poddała się walkowerem? Było jej słabo, źle się czuła. Myślę, że jest zwolenniczką teorii o głupich, z którymi się nie dyskutuje.

Na korytarzu było dużo ludzi. Jeden pan spał na podłodze. Mój wzrok padł na dwóch wyraźnie podchmielonych pasażerów. Już miałam im powiedzieć, że właśnie zwolniły się w przedziale trzy miejsca, ale przypomniałam sobie o dziewczynie, której życzyłam przyjemnej podróży.
Małgorzata Rakowska