Felieton: Dlaczego chińskie matki są lepsze?
Data dodania: 10.01.2012 | Drukuj artykuł
Często zastanawiałam się nad stereotypem Azjaty ? prymusa, najlepszego ucznia, wybitnego matematyka i muzyka. Wszelkie konkursy muzyczne zdają się potwierdzać ten stereotyp i rzeczywiście na Zachodzie Azjaci zwykle stanowią elitę uczniów. Czyżby byli jakąś rasą superludzi? Nie. Wszystko zawdzięczają swoim matkom.
Niedawno sięgnęłam po książkę amerykańskiej autorki (oczywiście chińskiego pochodzenia) pod tytułem „Bojowa pieśń tygrysicy – Dlaczego chińskie matki są lepsze?”. Amy Chua, córka imigrantów z Chin, bezlitośnie łaja „zachodnich rodziców” i gloryfikuje jedyny słuszny według niej system wychowania dzieci, czyli ten, który wyniosła z domu rodzinnego. Nie mam zamiaru streszczać tutaj treści powyższego tytuły, ale postaram się wyjaśnić czemu azjaci królują w dziedzinach ścisłych.Każda matka chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Dba by dobrze się ze sobą czuło, by było ubrane, poszło do dobrej szkoły, miało dobre oceny, jeśli będzie trzeba, będzie walczyła z każdym by udowodnić rację dziecka. I tu zaczynają się różnice. Chińska matka nigdy nie podważy autorytetu wykładowcy. Autorytet to świętość i potomek musi o tym wiedzieć. Nie inaczej jest z rodzicami. Ich zdanie jest decydujące i nie ma możliwości negocjacji - nigdy. Uczeń zobowiązany jest do nauki i niekończących się ćwiczeń. Nie ma czasu na przyjemności, kolegów, zabawy. Jeśli latorośl się nie podporządkuje, chińska matka nie cofnie się przed użyciem bardzo dosadnych, często obraźliwych słów by zaprowadzić znów porządek i żelazną dyscyplinę.
Co mnie uderzyło bardzo w „Tygrysicy…”, to kompletne pozbawianie dzieci indywidualności i brak zadowolenia z ich osiągnięć. Zająłeś drugie miejsce?! Czemu nie pierwsze? Jesteś pierwszy? Ale przecież to był remis, więc nie jesteś najlepszy. Nie obchodzą mnie twoje krwawiące od strun skrzypiec palce - masz jeszcze godzinę ćwiczeń! Ciągła musztra, wartość dziecka wyznaczają jego sukcesy, jeśli nie jest najlepsze to znaczy, że nie jest ambitne, a nieambitni do niczego nie dojdą. Co muszę oddać pani Chua to fakt, że poświęcała córkom dużo czasu, nie zostawiała ich samym sobie, tylko razem z nimi ćwiczyła grę na fortepianie, skrzypcach, rozwiązywała zadania szkolne. Według niej tak zwani zachodni rodzice za bardzo folgują pociechom, zostawiają im za dużo wolnego czasu i pozwalają na zbyt wiele, bo w końcu, żeby być dobrym pianistom trzeba grać od dziecka, a żadne dziecko nie będzie tego robiło z własnej woli. Trzeba je więc do tego zmusić, ale nie przekupić, tylko dyscyplinować, dyscyplinować i jeszcze raz dyscyplinować. Śmieszyło mnie bardzo, gdy autorka wspomniała, że nie chciała wychować dzieci na frustratów, którzy popełniają samobójstwo, bo zajęli drugie miejsce w konkursie. Nie wspomniała tylko w jaki sposób chce temu zapobiec, skoro sama nie dawał córkom ani trochę „luzu”. Jednak Chua nie jest do końca chińską matką. Zdarza jej się ulec i zniżać się do przekupstwa, więc jednak jest serce w twardej, matczynej piersi.
„Bojowa pieśń tygrysicy” jest według mnie lekturą obowiązkową dla każdej matki i niematki przede wszystkim dlatego, że pokazuje ile można osiągnąć przez oddanie i dyscyplinę. Przedstawiony w niej model wychowania jest łagodną wersją tego, jak hoduje się azjatyckich liderów, więc pamiętajcie - nie są oni nadludźmi, zwyczajnie bardzo ciężko pracują.
Paulina F.
Zobacz podobne tematy:
| • Felieton: Wkurza mnie... |
| • Felieton: "Od września dajemy za darmo" |
| • Felieton: Za dużo obrządku, za mało wiary |
| • Felieton: Zdrada ludzką naturą? |
| • Felieton: Rządza linczu |
Dodaj komentarz:
















