Felieton: Wkurza mnie...
Data dodania: 04.11.2011 | Drukuj artykuł
Do napisania tego felietonu zainspirowało mnie pewne wydarzenie, którego ostatnio doświadczyłem (ale o tym później). Otóż postanowiłem opisać sytuacje lub cechy charakteru u ludzi, które mogą mnie doprowadzić do "szewskiej pasji". Zdarza się to rzadko, ale nawet mnie, nastawionego do większości sytuacji bez emocji, podejmującego decyzję ze stoickim spokojem, z życiowym mottem "Jakoś to będzie", ktoś lub coś potrafi zdenerwować.
Skoro jesteśmy już przy sklepach, to, chociaż przeszedłem na studiach przez przedmiot „Obsługa klienta”, nadal nie rozumiem stosowania wyuczonych na pamięć formułek sprzedawców. Najbardziej irytowały mnie panie z Biedronki, które cały czas witały mnie tym swoim: „Dzień dobry, siateczkę?” Ja na to, że „Nie, dziękuję” (absurdem było zapytanie z ich strony: „A może kropkę?” - oczywiście chodziło o Kropkę TV, magazyn, który widać słabo się sprzedawał albo nikt nie miał pojęcia o jego istnieniu). Później już standard: „2,99”, „Proszę”, „Grosik dla pana, dziękuję serdecznie i zapraszam ponownie”. Następny klient słyszy dokładnie to samo. No ale po co być takim sztucznym? Gdy się zorientowałem, że nie wszyscy przestrzegają tych zasad, starałem się podchodzić do tych kasjerek i kasjerów, którzy spontanicznie zwracają się do kupujących.
Denerwuje mnie również nagminne nazywanie niektórych osób, czy to znanych, czy to tych mniej znanych, „gwiazdami”. Wiadomo, że tego określenia używa się wobec ciał niebieskich, które można dostrzec na niebie, ale od dłuższego czasu nazywa się nimi osoby, które mają jakiś wpływ na rozwój kultury i dzisiejszej młodzieży. Jest ono na tyle nadużywane (jak również inne pojęcia, takie jak: „filozofia” albo „patriotyzm”), że w dzisiejszych czasach takim mianem można określić nawet statystę z podrzędnego serialu, który gdzieś tam przemknął w jednej scenie obok znanych aktorów. „Gwiazdą” może być więc każdy, o czym przekonują te wszystkie telewizyjne tańce i występy na lodzie. Chociaż może lepiej nazywać ich „gwiazdami” niż „celebrytami”. Zresztą większość z tego kręgu jest znana tylko z tego, że jest znana.
O Facebooku już pisałem. Że to nie dla mnie, że to strata czasu (i baterii w laptopie). Ale widzę, że coraz więcej firm wykorzystuje ten portal jako narzędzie marketingowe. Dlatego coraz częściej słyszymy „Zarekrutuj się na Facebooku”, „Polajkuj nas na Fejsie” albo „Więcej informacji na www.facebook.com/blablabla...”. No niestety, ale jak widzę takie ogłoszenie, to skutecznie odstrasza mnie od odwiedzenia tejże strony. Czasami także po jakiejś grupowej imprezie lub kolokwium, na które wszyscy znali pytania oprócz mnie, słyszę: „No co Ty, nie wiedziałeś? Przecież było na Fejsie”... Niedługo poprzez Facebook będziemy musieli przesyłać swoje CV albo rejestrować się na studia, telefony komórkowe wyjdą z użycia (chociaż nie, przez nie jest ułatwiony dostęp do portalu), a spotkania towarzyskie wyjdą z użycia. Oby nie...
Co do komórek, to do szału doprowadzają mnie osobniki, które używają ich w celu słuchania (?) muzyki na świeżym powietrzu. Idzie sobie taki dzieciak, trzymając w kieszeni (czasem w dłoni) telefon, dumnie mamrocząc pod nosem tekst hip-hopowej piosenki albo gwiżdżąc w rytm jednej nuty, w jakim utrzymany jest typowy utwór (?) z nurtu techno (swoją drogą taki sam efekt można uzyskać miksując warzywa lub owoce w kuchni - tu chociaż możemy sprawić sobie pożyteczny efekt finalny). Gdy widzę takiego osobnika, od razu rozglądam się za czymś, czym można mu wybić z głowy takie zachowanie. A już najbardziej wkurzają mnie takie typki jadące w tramwaju wśród obcych ludzi, którzy pewnie zastanawiają się czemu ci gówniarze nie odbierają telefonu.
No i sprawa, do której miałem wrócić - właściwie cecha charakteru u niektórych ludzi. Mianowicie - pedantyzm. Wiadomo, że nie wszyscy dbają o równe ułożenie butów przy drzwiach, rozłożenie serwetki zanim się położy na stole talerz lub szklankę, o poprawienie okrycia na kanapie po uprzednim powstaniu z niej, czy też o zmycie dwóch kropelek wody, które jakimś dziwnym sposobem znalazły się na blacie stołu po zmywaniu. Do takich ludzi trzeba mieć cierpliwość i zrozumieć, że zdarzy im się zrobić coś, co nie jest po naszej myśli tylko dlatego, że jesteśmy nauczeni przesadnej czystości. Niedawno poznałem dwie takie osoby i sądzę, że życie z nimi na co dzień byłoby wielką uciążliwością, nawet dla tych, którzy nie są zawodowymi bałaganiarzami.
Bartłomiej Wójcik
Zobacz podobne tematy:
| • Felieton: Zdrada ludzką naturą? |
| • Felieton: "Od września dajemy za darmo" |
| • Felieton: Rządza linczu |
| • Felieton: Za dużo obrządku, za mało wiary |
| • Felieton: Dlaczego chińskie matki są lepsze? |
Dodaj komentarz:
















