X
Ładowanie danych...

moje-gniezno.pl

PORTAL INFORMACYJNY POWIATU GNIEŹNIEŃSKIEGO

Matka i troje dzieci zamordowani w Noskowie! Proboszcz ujawnił zabójcę!

Czwartek, 29 sierpnia 2019
  • Matka i troje dzieci zamordowani w Noskowie! Proboszcz ujawnił zabójcę!

Rafał Jurke zdradził nam jedną z historii, które opisuje w swojej książce. Powieść opisuje zbrodnie i przestępstwa popełnione w przedwojennym Gnieźnie i naszym regionie.

Niewyobrażalna wręcz zbrodnia popełniona została w 1926 roku. Co prawda nie dokonano jej w Gnieźnie, jednak śledztwo prowadziła policja z gnieźnieńskiego komisariatu pod kierownictwem komisarza Bibrowicza. W sprawie pomagali także: kierownik ekspozytury śledczej Szatkowski, przodownik Siwa i kilku urzędników kryminalnych z Gniezna. Komisarza Bibrowicza poznaliśmy już przy okazji sprawy ujęcia złodzieja samochodu. Zbrodnia, o której za chwilę usłyszymy to bestialskie zabójstwo matki i jej trzech córek w wieku 14, 12 i 4 lat. Rzecz wydarzyła się w raczej spokojnej wsi Noskowo koło Marzenina, która w 1926 roku leżała w granicach powiatu witkowskiego. Nie tylko powiat witkowski, ale i gnieźnieński i wrzesiński nie widziały nigdy takiego okrucieństwa jak zabójstwo Franciszki, Anny, Marii i Marty Piotrowskich. Do zbrodni doszło wieczorem 9 stycznia 1926 roku, jak szacowała policja między godziną dziewiętnastą a dwudziestą pierwszą, w czasie gdy ojciec rodziny Jan przebywał w pracy. Piotrowski był kolejarzem i pracował, jak pisze prasa, jako dróżnik przy pobliskiej linii kolejowej z Gniezna do Wrześni i tego dnia przed godziną 17 wyszedł z domu udając się na służbę. Prawdopodobnie po tym czasie Piotrowska wraz z córkami zajęta była pieczeniem pączków, wtedy do domu wtargnęło, jak wskazywały wstępne ustalenia, minimum dwu napastników, którzy zamordowali wspomniane osoby. Zbrodnia ta była tak niezwykła, nawet jak na czas przez nas poznawany, że wydawca Gazety Gnieźnieńskiej Lech wysłał do Noskowa specjalnego korespondenta. Oto kilka słów redakcji Lecha o tym przerażającym zabójstwie ...Zapytany o szczegóły zbrodni, wzruszył p. komisarz ramionami, znajdując na określenie ohydnego czynu tylko słowa: „okropność”. Korzystając z przyzwolenia p. komisarza - mówi dalej nasz sprawozdawca - wchodzę na podwórze domostwa. Ślady, mające pewne znaczenie w śledztwie, należycie zabezpieczone. Wchodzę do kuchni, tj. do właściwego miejsca zbrodni. Obraz wprost wstrząsający nerwami, krew w żyłach krzepnie na straszny widok. W kącie małej kuchenki leżą w kałuży krwi, ku ziemi twarzą zwrócone zwłoki matki, 40-letniej Franciszki Piotrowskiej - za piecem kuchennym leżą dwie córki. 14-letnia Anna i 12-letnia Marja, - zaś na łóżeczku, do połowy przykryta pierzynką, 4-letnia Marta. Wszystkie martwe i zbroczone we krwi... Sam opis raczej powściągliwego w takich sprawach Lecha budzi już spore emocje, pomimo że morderstwa dokonano ponad dziewięćdziesiąt lat temu. Bandyci, bo jak przypuszczano było ich minimum dwóch, wyrwali skobel przy drzwiach, wtargnęli do kuchni i kołkami wyrwanymi wcześniej z płotu zatłukli nieszczęsne ofiary. Policja przypuszczała, że Franciszka lub jej córki rozpoznały któregoś z morderców, co było bezpośrednim skutkiem tak okrutnego postępku. Najprawdopodobniej bandyci mieli twarze zasłonięte jakimiś szmatami, gdyż policja na miejscu przestępstwa znalazła jedną zakrwawioną maskę. Narzędzia zbrodni także zostały porzucone, policja odnalazła w domu Piotrowskich dwa zakrwawione kołki. Ukazująca się w Kościanie Gazeta Polska doniosła, że po dokonanym w kuchni morderstwie bandyci udali się do przyległego do niej pokoju, w którym spało jeszcze pięcioro dzieci. Tam mieli według zeznań około dziesięcioletniego Wiktora zażądać od niego informacji, gdzie mama schowała pieniądze. Gdy ten odpowiedział, że nie wie, wtedy napastnicy przykryli go płaszczem i przetrząsnęli mieszkanie. Łupem zbrodniarzy padło około 45 złotych. Trofeum miało być większe, bo tego dnia Jan Piotrowski miał sprzedać na targu kilka tuczników i zainkasować około 300 złotych. Możemy zatem przypuszczać, że mordercy wiedzieli o tej transakcji i to było głównym motywem ich działania. Mały Wincenty po tym, gdy bandyci opuścili dom, wszedł do kuchni i zobaczył martwą mamę i siostry. Zrozpaczony obudził trzyletniego brata Sylwestra i razem pobiegli do mieszkającej po drugiej stronie drogi babci. Obudzeni sąsiedzi natychmiast pobiegli na dworzec do Marzenina, skąd telefonicznie powiadomiono posterunek policji w Gnieźnie. Było to około godziny 23:45. Jan Piotrowski niczego nie świadom wypełniał swoje obowiązki i o zdarzeniach, jakie miały miejsce w jego domu, dowiedział się od przełożonych także telefonicznie. Natychmiast porzucił miejsce pracy i pobiegł do oddalonego o około trzy kilometry domu. Pomimo przyjęcia zawiadomienia, komisarz Bibrowicz miał kłopot ze znalezieniem samochodu, którym wraz z pozostałymi policjantami, mógłby udać się na miejsce morderstwa. Dotarli tam dopiero około godziny trzeciej nad ranem. Opóźnienie mogło mieć oczywiście wpływ na ewentualne ujęcie sprawców, jednak śledczy zaraz po przybyciu energicznie przystąpili do pracy. Dziennikarze pisali, że policja zabezpieczyła ślady, a około dziewiątej nad ranem przywieziono z Poznania psa tropiącego Ajaksa. Początkowo wydawało się, że ten podjął trop, jednak koniec końców nie doprowadził policji do bandytów. Tyle relacje prasowe. Niestety nigdzie nie znalazłem informacji jaki był finał śledztwa. Gazety nie wracały do tematu i nie relacjonowały przebiegu dochodzenia. Przyczyną mogło być to, że policja zapewne nie wydawała na ten temat komunikatów. Postanowiłem zatem odwiedzić Noskowo, aby zapytać mieszkańców, czy wiedzą, może z rodzinnych opowieści, co wydarzyło się tamtego wieczoru i nocy. Szansa na spotkanie jakiegoś świadka była oczywiście zerowa, jednak na przekór upływu czasu, żyją przecież dzieci i wnuki tych, którzy mogliby coś wiedzieć. Bardzo ciekawą relację usłyszałem od wnuczki Telesfora Wachowiaka, który w tym czasie był sołtysem w Noskowie. Ten lokalny przedstawiciel władzy został wdrożony w prowadzone na początkowym etapie postępowanie. Wnuczka zapamiętała, że w rodzinie mówiło się, iż pies Ajaks, sprowokowany przez opiekunów do podjęcia tropu, zaatakował Jana Piotrowskiego. Naskoczył na niego, tak jakby to właśnie w nim rozpoznał zbrodniarza. Piotrowski miał wtedy zmieszany powiedzieć, że pies na pewno się pomylił. Śledczy chyba przyjęli te wyjaśnienia i jak już wspominaliśmy Ajaks początkowo podjął trop, który później stracił. Warto teraz zasiać trochę wątpliwości, które zapewne mogły także zagościć w głowach prowadzących śledztwo policjantów. Przede wszystkim, Jan Piotrowski w chwili gdy mordowano jego rodzinę miał niecałe czterdzieści jeden lat. Dystans jaki dzielił jego dom od miejsca pracy, prasa określiła na około trzy kilometry. Dorosły mężczyzna, nawet nie mający szczególnie dobrej kondycji, może taką odległość przebiec w około 20 - 30 minut. Jan Piotrowski, gdyby zdecydował się z jakiś przyczyn zamordować żonę, bo próbuję nasze myślenie poprowadzić w tym kierunku, miał dość czasu by pobiec do domu, dokonać zbrodni i wrócić na swój posterunek. Piotrowski znał doskonale teren, wiedział zapewne jak pokonać ten dystans przez nikogo nie zauważony. Zauważmy także, że sam moment pośpiesznego przeszukiwania mieszkania przez potencjalnych bandytów jest zastanawiający. Jeżeli wrócimy na chwilę do zeznań małego Wiktora, to należy się rozważyć, dlaczego pozostałe w pokoju dzieci nie obudziły się, gdy w kuchni mordowano resztę rodziny. Przecież bandyci nie mogli zabić Franciszki i jej córek bezgłośnie. Gdy zabójcy zadawali razy matce, to naturalnym byłoby, gdyby dzieci płakały, krzyczały, wołały pomocy. Dlaczego, po wejściu przez bandytów do pokoju, musieli dopiero obudzić Wiktora? Jak to się stało, że napastnicy przetrząsający, na pewno w dużym stresie pokoje, kuchnię i strych domu Piotrowskich nie zbudzili nawet przypadkiem pozostałych dzieci? Bandyci musieliby być prawdziwymi bestiami, aby po zamordowaniu trójki dzieci, zachować zimną krew i beznamiętnie w ciszy i spokoju szukać schowanych pieniędzy. Przyjrzyjmy się też chronologii, jeżeli policja w Gnieźnie została zawiadomiona o zbrodni około piętnastu minut przed północą, to Wiktor z braciszkiem musieli dotrzeć do mieszkającej po drugiej stronie drogi babci około godziny dwudziestej trzeciej. Ktoś po ujawnieniu morderstwa pobiegł na stację kolejową w Marzeninie i zatelefonował do Gniezna. Wniosek jest prosty, jeżeli Jan Piotrowski zamordował swoją rodzinę, to miał na to sporo czasu, choć jako dróżnik musiał wybrać moment między kursującymi pociągami. Poza tym moi rozmówcy z Noskowa wskazywali, że kiedy Jan Piotrowski umierał w 1947 roku, miał na łożu śmierci wyznać proboszczowi z Marzenina ks. Julianowi Malinowskiemu, że zamordował żonę i córki. Poprosił, aby pochować go obok mogiły zamordowanych, jednak jego grób miał być wyodrębniony, okolony grubym łańcuchem. Wyraził także wolę, aby jego przyznanie się do winy ksiądz Malinowski ogłosił z ambony. To miała być jego pokuta. Piotrowscy prócz wymienionych córek mieli jeszcze jedną, której imienia niestety nie udało się ustalić. Ona także w trakcie morderstwa była w kuchni, miała według relacji prasowych około czterech lub dwu miesięcy, sprawcy lub sprawca ją oszczędzili. Dzieci, które spały w pokoju to: Wincenty urodzony około 1916 r, Józef urodzony w 1917 r, Stanisław urodzony w 1918 roku, Sylwester urodzony w 1922 roku oraz jeszcze jeden syn o nieznanym imieniu i dacie urodzenia. Łącznie małżeństwo Piotrowskich miało dziewięcioro dzieci. Nie możemy oczywiście jednoznacznie stwierdzić, że to właśnie Jan Piotrowski dokonał tej okrutnej zbrodni. Lokalne opowieści z czasem obrastają w legendy. Jeżeli kiedykolwiek bawiliśmy się w głuchy telefon to wiemy, że każdy kolejny przekaz może zostać co nieco wzbogacony lub zubożony, zmieniając sens pierwotnego komunikatu. Nie przesądzając o winie wyraźnie trzeba stwierdzić, że policja nie ujęła sprawców ani też nie postawiła Janowi Piotrowskiemu żadnych zarzutów, taka informacja przetrwałaby w opowieściach mieszkańców Noskowa. Dziś, w miejscu, gdzie doszło do zbrodni znajduje się dom, o którym sąsiedzi mówią, że to ten sam budynek. Jeden z jego elementów wzbudza wątpliwości, czy właśnie o to zabudowanie chodzi. Dom jest pięcioosiowy, z prostym dwuspadowym dachem. Na szczytach domu znajdują się dwie informacje. Po jednej stronie widnieje inicjał J.P., na drugim natomiast umieszczono datę 1933 - to jest ta wątpliwość. Już niedługo i tego budynku nie będzie, przeznaczony jest do rozbiórki, jednak miejsca tej okrutnej zbrodni, przestrzeni, w której została dokonana nie można kwestionować.

Więcej na temat książki Rafała Jurke możecie przeczytać w wywiadach:
"Rafał Jurke o swojej wyjątkowej książce"
"Policjant Franciszek Gabała mordercą! Konstanty Stawniak pedofilem! - Rafał Jurke opowiada o swojej powieści"
tekst: Andrzej Bukowski

Napisz komentarz

Komentarze(1)

PODOBNE TEMATY
Zaproszenie na spotkanie z Juliuszem Kublem Zapraszamy serdecznie na spotkanie gwarowe z cyklu "Tu blubramy po naszemu!". W piątek, 13 września,... Środa, 11 września 2019
Narodowe Czytanie - miejsce, które łączy Mało rzeczy łączy wszystkich, bez względu na wiek, charakter, poglądy polityczne, czy nawet niepełnosprawność.... Środa, 11 września 2019
Noc Bibliotek Wpisujemy się w kolejną ogólnopolską inicjatywę - Noc Bibliotek. Wraz z innymi instytucjami (obecnie... Środa, 11 września 2019
Etapy wprowadzania projektu "Mała książka. Wielki człowiek" 16 września startujemy z jedną z najważniejszych dla nas akcji czytelniczych - kampanią społeczną Instytutu... Środa, 11 września 2019