Logo

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

Strach ma wielkie oczy

Artykuł dodany: Wtorek, 8 marca 2016
Strach ma wielkie oczy

REKLAMA

Pejzaż na Mazurach dwa tygodnie temu bardziej zimą niż wiosną malowany. Śnieg trzymał się ziemi i gałęzi drzew, jak przystało na luty. Ludzi na dworze jak na lekarstwo. Zwierzęta żyją swoim rytmem. Konie spacerują po łąkach tak dużych, że tylko miejscowi wiedzą, w którym miejscu się kończą. Ze wsi zbiegły się psy, żeby przywitać się z naszymi.

Jedziesz z nami do lasu, tak? Bardziej stwierdziła niż zapytała moja przyjaciółka. Nie zabrałam stroju i wymownie spojrzałam na spodnie dresowe. Przecież masz buty, a z resztą sobie poradzimy - odparła bez wahania.

We wrześniu byłam świadkiem upadku z konia. Nie wyglądało to dobrze, na szczęście skończyło się lepiej, niż można było liczyć. Jeźdźcowi udało się opuścić szpital na drugi dzień. Złamany obojczyk i stłuczone biodro bolało znacznie dłużej. Kilka miesięcy wcześniej koleżanka, która więcej godzin spędziła w siodle niż na krześle, również spadła z konia. W jej przypadku także nie obyło się bez zespołu ratownictwa medycznego, który nieprzytomną zabierał ją z lasu. Mniej więcej wtedy nastąpił u mnie gwałtowny spadek wiary we własne siły, możliwości, umiejętności i szczęśliwy splot wydarzeń. Zrobiłam sobie przerwę i postanowiłam, że nigdy więcej nie wyjadę za bramę w siodle. Zarzekała się żaba błota ...

Przedłużałam czyszczenie konia tak długo, jak się dało. Bardziej jednak chciałam jechać, niż się bałam. Zanim włożyłam nogę w strzemię, zapytałam kobyłkę, czy będzie grzeczna. Spojrzała na mnie, jakby chciała zapytać, ale o co Ci chodzi? A chodziło mi o ten obraz  nieprzytomnego jeźdźca na ziemi . Bynajmniej nie w galerii sztuki, tylko z życia wzięty. Mechanizm wyparcia u mnie nie zadziałał.

Koń osiodłany. Komu w drogę, temu nie ma odwrotu.
Kilka kroków w stępie i zrobiło się pięknie. Moje przewodniczki znają każdy zakamarek w tych lasach, przetarły niejedną drogę, organizują rajdy szlakiem ważnych postaci i wydarzeń historycznych  dla tego regionu. Z takimi można konie kraść. Przejechałyśmy około 30 kilometrów. Nogi się pode mną ugięły, gdy zeszłam z konia. Wiedziałam, że na drugi dzień będą bolały. Przerwa była za długa, żeby tego nie odczuć. Wstyd mi było narzekać, bo jedna z dwóch pań, które zaprosiły mnie na wycieczkę ma 59 lat. Kondycja u niej wyśmienita, niejedna dwudziestolatka takiej nie ma. Poza tym twardy charakter. Nie uznaje jojczenia. Przez szacunek dla niej nie odważyłabym się tego robić. Dlatego też, kiedy zakomunikowała, że nazajutrz wybierają się również, przyjęłam to jako formę zaproszenia.

Rankiem obudziłam się rześka i gotowa do działania. Po śniadaniu opuściła mnie pewność siebie. Starałam się trzymać fason, a ból mięśni w nogach nie ułatwiał zadania. Drobny deszcz ze śniegiem nie przerodził się w coś większego, co pozwoliłoby zostać w domu. Tym razem konia ubrałam sprawnie. Dzień wcześniej pierwsze wrażenie kobyłka zrobiła na mnie pozytywne.

Wyruszyłyśmy dwie, bo przyjaciółkę zatrzymały obowiązki. Słońce wyszło zza chmur, kiedy przekraczałyśmy most na rzece Sawicy w Sasku Małym. Patrz, tu ma gniazdo zimorodek. Zadarłam głowę do góry. Małgosiu, nie kompromituj się, proszę - zimorodek ma gniazdo w norze, która ma około metra długości. Nie wiedziałaś o tym? - Najpewniej nie było mnie na tej lekcji biologii. Znajoma za punkt honoru postanowiła nadrobić braki w mojej edukacji i rozwinęła temat zimorodka od A do Z. Zaczęła od tego, że jest jednym z najbarwniejszych ptaków, a gdy doszła do momentu, że lata nisko nad wodą i wydaje wysokie, przenikliwe dźwięki, zaklinałam go żeby spał sobie w tej norze, dopóki nie dojedziemy do stajni. Założyłam, że tak będzie lepiej dla nas i dla naszych koni.

Na drodze, którą obrałyśmy swoją obecność zaznaczyły bobry. Z naszej lewej strony brzozy leżały ociosane jak ołówki. A to szkodniki - powiedziałam na głos. Prowadząca nie podzieliła mojego zdania i rozpłynęła się w zachwycie nad hydrotechniką i pożytecznością bobrów -  inżynierów.

Po kilku kilometrach zbliżyłyśmy się do dużej polany, na której kiedyś spotkała watahę wilków. Ja z kolei siedząc na grzbiecie konia, wcale o tym nie marzyłam. Patrząc na moją nietęgą minę dodała, że nic się przecież wtedy nie "zadziało". Wilki zostały na swoim miejscu, a konie widziały już niejedno. Na moje utrapienie, poprzedniego wieczoru, przy smacznej i rozgrzewającej Soplicy o smaku dojrzałej pigwy, raczyła mnie opowieściami, jak spadła zimą z konia, będąc sama w terenie. Bolący kark natarła śniegiem, włożyła go dosyć sporo za kołnierz i zadzwoniła do stajni, że mają wypatrywać konia, który wkrótce do nich zawita. Bez niej, rzecz jasna.  Wspomniała jeszcze o "babskim" rajdzie, podczas którego jeden z koni, gdy przeprawiały się przez stary, drewniany mostek zdecydował, że po nim nie pójdzie, wolał  skąpać się ze swoją panią w wodzie i przypominał tego z Szału uniesień autorstwa Wacława Podkowińskiego.

Tego samego wieczoru pokazała nam zdjęcie reprezentanta, który mieszczuchowi (myślę o sobie), kojarzy się bardziej z epoką lodowcową niż z tym, że można z nim stanąć oko w oko. Jej się to udało. Zza przyprószonych śniegiem krzaków (pewnie i mają one swoją nazwę) spoglądał łoś. Miała dużo czas żeby uwiecznić go na fotografii, bo niezrażony ich obecnością pozował do zdjęcia. Kilka lat wcześniej w tym samym lesie moja rodzina spotkała łosia. Tamten był dużo większy. Miał bardziej imponujące poroże. Odczuli ulgę, że nie przyglądał im się z zaciekawieniem, tylko poszedł w swoją stronę. Na koniach również nie zrobił większego wrażenia. Na szczęście.

Tego dnia spóźniłyśmy się na obiad.  W drodze powrotnej zdążyła mi jeszcze pokazać ambonę. Widzisz, stąd myśliwi strzelają do zwierząt. To akurat nam się nie podoba, tym bardziej, że nie wszyscy myśliwi potrafią celnie oddać strzał i wtedy zwierzęta cierpią. Poza tym ogólnie jesteśmy temu przeciwne. Widzisz lisią jamę? - zapytała. Co tam lisia jama! W Gnieźnie to lisy po mieście biegają, odpowiedziałam z uśmiechem.

Mąż po 6 godzinach niecierpliwie wypatrywał nas z powrotem. Zaniepokojony był, kiedy nie wróciłyśmy na obiad. Ważniejsze dla nas były dziewicze tereny podziwiane z grzbietu końskiego. Rzeki, strumyki, jeziora i lasy. Podłoże leśne zachęcało, żeby po nim galopować.  Nie wiem, czy byliby Państwo skłonni uwierzyć z kim przemierzałam mazurskie lasy. (Nie, to nie była królowa angielska).  Wiedziała, że toczę ze sobą walkę w kwestii przełamać się i jechać, czy zostać i żałować. Zaproszenie z jej strony było wyważone. Zostawiła mi otwartą furtkę. Jeżeli ze mną pojedziesz, będzie mi bardzo miło. Jeśli nie czujesz się pewnie, zostań. Bezcenne jest otaczać się ludźmi, którzy ciągną nas w górę, a nie w dół. I bezcenna była mina męża, kiedy mocno spóźnione wróciłyśmy do stajni.
tekst: Małgorzata Rakowska
Podobne tematy:
Dodaj komentarz
Podpis:

Komentarze do artykułu (0)



REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA
Helios Gniezno

REKLAMA

REKLAMA

REKLAMA
Wydarzenia
<<  Styczeń 2017  >>
PN
WT
ŚR
CZ
PT
SB
ND
 
 
 
 
 
 
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
 
 
 
 
 
Newsletter
Podaj swój adres e-mail aby otrzymywać newsletter z najnowszymi informacjami lub usunąć już dodany e-mail.
Losowa fotografia

Losowe fotografie

MOJE-GNIEZNO.PL
Właściciel: Andrzej Bukowski
ul. Budowlanych 15a/14
62-200 Gniezno
Numer wpisu do Rejestru Dzienników i Czasopism:
RPR 2844
tel.kom.: +48 603 536 506
tel.kom.: +48 781 085 964
e-mail:
redakcja@moje-gniezno.pl
Copyright © 2017 Moje Gniezno